wtorek, 3 stycznia 2012

To znów ten dzień kiedy chcesz odwrócić się, dosięga Cię ta siła, zrzuć z siebie ten sen...

Nie pasuję. Źle wybrałam studia. Źle zdecydowałam się je kontynuować, żeby mieć mgr przed nazwiskiem. I co mi to da? A teraz... nie wycofam się. No bo ja nie chcę rezygnować. Acz najprościej by było. Wszystko rzucić w cholerę. Nie męczyć się z zadaniami, które być może nie są aż tak trudne, ale mi się po prostu nie chce. Zwyczajnie jestem leniem patentowanym. Nie pasującym.
16 rok się uczę. 4 rok na uniwersytecie. I mam już serdecznie dosyć.


A czego bym chciała?
Czytać książki dla przyjemności, nawet i cały dzień.
Podróżować. Albo nawet nie podróżować aż tak bardzo, ale na przykład wyjechać sobie do Paryża. I tam zostać na jakiś czas. Nie wiem, miesiąc, trzy miesiące, pół roku?
Dwa tygodnie wróciłam stamtąd. Tak, moje marzenie od prawie 10 lat, a tak intensywnie od na pewno 5, zostało spełnione. Dzięki wspaniałej osobie, której nigdy się nie odwdzięczę. Ja wiem, że ona tego nie oczekuje, że spłacę ją, że cieszyła się z mojego szczęścia, ale chciałabym. Wiem, że ona wie jak bardzo jestem jej wdzięczna.
I tam, w Paryżu, jest moje miejsce. Jest. Oddychać atmosferą tego wielokulturowego miasta, wsiadać szybko do metra, bo drzwi się zamykają, w metrze słuchać Le temps des fleurs/To były piękne dni - wykonywane na akordeonie/gitarze/syntezatorze, otwierać drzwi tymi dziwnymi klamkami, błądzić po stacji metra w poszukiwaniu wyjścia, zachwycać się widokiem Wieży Eiffla, wiedząc że to trochę 'cliche' - to moje życie.
Przesyłanie buziaków gargulcom z dołu Notre Dame, potem sapanie i "I'M GOING TO DIE HERE" na 200 schodku. Ale widok z Notre Dame i głaskanie gargulców czy widok La Grande Marie wszystko wynagradza.
I zobaczenie na żywo artystów, którzy ukształtowali moje życie. Usłyszenia na żywo piosenek z musicalu, w oryginalnych wykonaniach. Śpiewania/wycia razem z artystami tychże piosenek najgłośniej jak się da, tak że ludzie siedzący przed i za nami oglądali się na nas z wiadomą  miną. Nic to, rozmawiałyśmy po angielsku, żeby nie było. Piszczenia, klaskania po wykonie. Widzenia z góry światełek przy Lune. Przesyłania buziaków G i Patrickowi gdy schodzili ze sceny i przeżywania tego, że na pewno do nas machali, bo reszta publiki akurat z naszej strony nie machały, to tylko my bez opamiętania wykonywałyśmy ruchy rękoma. Ln, która ostatniego wieczoru wyszła z samochodu prawie 2 godziny po koncercie do fanów ( w tym nas) żeby podziękować. Spotkań z Cecile, Eleanor, Hecate, Geną i Sophie, Natalią i Henryką. Zdjęć z Nat i Leylą na bateau mouche. Tęsknię.I to jest moje życie.
Nie codzienne wstawanie o 6. Nie otrzymywanie e-maili o treści które dołują. Nie poprawianie referatu. Nie tłumaczenie artykułu który mnie nie interesuje. Nie pisanie czegoś do czego nie mam serca.
W tej chwili nie spełniam się. Nie tak ma wyglądać moje życie.
Czy kiedyś spełnią się moje marzenia? Czy będę robić to co chcę, a nie to co muszę?
Pozostaje mi nadzieja, że jednak tak.....

1 komentarz:

  1. Gosia, jeśli Cię to pocieszy - mam tak samo.
    Latem 3 tygodnie byłam w UK, miałam zostać a wróciłam. Niepotrzebnie. Od września żałuję, że nie zostałam w Stockorcie (swoją drogą, zakochałam się w tym miasteczku ;) ).
    Jeśli chcemy spełnić swoje marzenia to chyba musimy ruszyć pupę...

    OdpowiedzUsuń