2 miesiące. eh normalka. czas zmobilizować dziewczyny. czas wrócić do pisania. na lj rzuciłam sobie wyzwanie z 30 dniowym challengem muzycznym. na razie jakoś idzie. 3 dzień dopiero, fakt, ale idzie. może i tu pójdzie. może i z licencjatem pójdzie. i z pracami zaliczeniowymi. i z czytaniem na zajęcia. bo na razie bawię się z Mario Vargas Llosą, książkami lefebrystów.. a to za wcześnie. egzaminy z cywilizacji starożytnych i literatury serbsko-chorwackiej XIX wieku leżą i kwiczą. i to jak.
Nawet kurczę nie chcę mi się odpisywać na komentarze na facebooku. a fe, a fe! brzydkie ze mnie dziecko. bardzo brzydkie.
i grube. no, może nie jest aż tak źle, ale przyda się Wielki Post. tak, jest styczeń. ale to tak szybko minie, że zaraz będzie Wielkanoc. ten czas tak mknie...
ale że ja miałam o grubości pisać? bo się dziecko obżarło słodkim. a na Sylwestrze u M. chipsami i waflami K. ale było bardzo sympatycznie. chyba pierwszy raz poza domem... fakt, że ten dom to był dwa bloki dalej, pół ulicy, ale zawsze. dawno tak się nie uśmiałam. potrzebowałam tego. naprawdę.
tęsknie za wakacjami 2010. mając nadzieję na wakacje 2011 tak wspaniałe... albo nawet jeszcze lepsze. chociaż z tym to będzie trudno. ale kto tam wie? wszystko przed nami....
brak inspiracji. brak. brak. brak.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz